Wyżłowa matka nieidealna


6:00. Budzik przestawiam jakieś dziesięć razy, bo kołdra mocno mnie trzyma i nie chce wypuścić. W końcu wstaję, ale jestem tak nieprzytomna, że potykam się w drodze do łazienki. Oczy ledwo uchylone, włosy w nieładzie, poranna katastrofa w pełnej krasie. Nawet się nie łudzę, że zdążę ze śniadaniem – zjem w pracy. Myję głowę, z szafy wyciągam pierwsze lepsze rzeczy, robię szybki makijaż i suszę włosy. Wszystkie te czynności wykonuję pod baczną obserwacją wyżła. On wie, że ten kłębek nerwów, niedospania, zniechęcenia i podkrążonych oczu, na który patrzy wiernym wzrokiem, w końcu ogarnie się na tyle, że przyjdzie czas na poranny spacer. Czeka, przechodząc z pokoju do pokoju albo leżąc na łóżku i wodząc za mną oczami, gdy tylko zrobię krok.

W końcu jestem ubrana. Zakładam Rudemu szelki, biorę smycz, woreczki do sprzątania. Tuż po wyjściu z klatki orientuję się, że nie mam ani smaczków, ani gwizdka, z którym pracujemy. Teraz już się nie wrócę – czas nagli, przecież muszę być w biurze. Trudno, tym razem będzie spacer z tych mało atrakcyjnych. Ot, poranna toaleta.

Nie zawsze mamy czas na poranne zdjęcia w lesie…

Beryl ma inne zdanie. Nie w głowie mu załatwianie potrzeb. Już na początku spaceru znajduje sobie patyk. Nie chce go puścić. Podbiega kawałek, kładzie się i podgryza badyla, znowu podbiega. Nawet nie próbuję go przywoływać. Albo się znudzi i zrezygnuje sam, albo doniesie patola aż pod drzwi klatki, gdzie uda mi się mu go odebrać – na szczęście wie, że drewna do domu nie znosimy. Wszystko byłoby prostsze, gdybym miała smaczki. Zrobilibyśmy kulturalną wymianę. Niestety nie wzięłam smaczków. Jeszcze nie ma ósmej, a ja już jestem zirytowana.

Rundka po osiedlu i wracamy do domu. To nie był najlepszy spacer. Ja podenerwowana, więc i wyżeł niezdrowo podkręcony. Wchodzimy do domu. Psie miski napełnione – przynajmniej jedno z nas zje zaraz śniadanie. Sprawdzam, czy na widoku i w zasięgu psiego pyska nie zostało nic, co lubi wybuchać, rozpadać się na miliony kawałków albo magicznie rozlewać czy rozsypywać. Balkon zamknięty, jedzenie pochowane, kable odłączone od prądu. Czas iść. Przed wyjściem sprawdzam wszystko trzykrotnie, ale i tak wiem, że w drodze na przystanek pomyślę przynajmniej raz: „Ale czy na pewno…?”. Wychodzę. Wyżeł zostaje. Wynagrodzę mu poranek popołudniowym spacerem.

Nuda i tyle.

Osiem godzin w pracy dłuży się okropnie. Co jakiś czas zastanawiam się, co robi Beryl. Pewnie śpi, ale w taki dzień bardzo łatwo pomyśleć, że na pewno właśnie rozgryza i połyka coś, co mu zaszkodzi – wycieraczkę, podeszwę buta, jakieś papiery… albo moją maść sterydową, jak za szczeniaka. Wychodzę z biura i jadę prosto do domu, do wyżła. Już wiem, że moje plany na wynagrodzenie poranka popołudniem diabli wzięli. Jestem zmęczona i czuję, że nie zdobędę się na wyprawę do lasu, zwłaszcza że w domu czeka jeszcze kawałek dodatkowego zlecenia. W tym momencie zaczyna mi już być naprawdę smutno. I trochę wstyd za siebie.

Docieram do mieszkania. Wita mnie nieposkromiona radość: ogon mało się nie urwie, wyżeł skręca się i domaga głasków. Szybko przebieram się w dres. Szelki, linka… tym razem biorę też gwizdek i smaczki. Idziemy.

A co to?

Kilka głębokich oddechów. Świat dalej się kręci. Trochę ćwiczymy komendy, trochę Rudy niucha wszystko, co go zainteresuje. Powoli się odprężam, choć zgodnie z przewidywaniami jestem na tyle zmęczona, że na dalszą wycieczkę nie ma szans. Za to możemy po prostu spokojnie przejść się po osiedlu, spróbować zignorować po drodze kilka piesków, sprawdzić, czy uda się minąć przechodnia bez zbędnej ekscytacji… to wszystko bardzo cenne lekcje. Uczymy się więc.

Wreszcie powoli wracamy do domu. W mieszkaniu siadam do komputera, a Berylowi aktywuje się tryb velcro. „Ty sobie siedź, a ja tu spokojnie poleżę z głową na twojej stopie”. Przetrwaliśmy ten dzień, a pies się mnie nie wyrzekł.

Lubię się przytulać!

Dlaczego o tym piszę? Bo wiecie, nikt z nas nie jest idealny. Każdy z nas pracuje, jeździ w różne miejsca, załatwia sprawy czy zajmuje się domem i dziećmi, jeśli je posiada. Każdy z nas coś robi. Wielu z nas ma też psy. I nie, nie zawsze ma się ochotę na ekscytujące wycieczki w nowe miejsca. Czasem doba jest jakby trochę za krótka, a siły ulatują z nas jak powietrze z przebitego balonika. Przez ostatnie dwa tygodnie miałam właśnie taki okres. Mnóstwo zajęć, mnóstwo pracy, fizjoterapia… a dla Beryla zdecydowanie mniej czasu, niżbym chciała. Zawsze w takich momentach słyszę dyskretny, ale uparty głosik, który powtarza dwa słowa: „wyrzuty sumienia”.

Ale wiecie, co jest w tym wszystkim najlepsze? Nawet w beznadziejnych chwilach nasz pies i tak z nas nie zrezygnuje, a to jest coś, co zasługuje na wielki, ogromny szacunek. I właśnie dlatego, gdy jest trudno, biorę głęboki oddech i myślę: „wyrozumiałość”. Nie mogę wytłumaczyć mojemu psu, że to tylko przejściowe i że naprawdę wszystko nadrobimy, gdy wygrzebię się spod góry zobowiązań. Mogę natomiast nie wymagać niemożliwego, gdy sytuacja jest napięta i dla mnie, i dla czterech łap. Mogę podczas przymusowo skróconych spacerów nie złościć się, że wyżeł szuka sobie atrakcji. Mogę wziąć głęboki oddech, gdy się zawącha przy kępce trawy, a ja się spieszę do pracy. Mogę wykazać się zrozumieniem, gdy po dłuższym czasie krótszych wycieczek na dwór wreszcie puszczam go wolno, a on w szale radości zaczyna kręcić kółka i nie bardzo kontaktuje, gdy coś do niego mówię. Mogę zwyczajnie roześmiać się, gdy Rudy pod moją nieobecność rozszarpie na strzępy zostawioną na wierzchu gazetę i rozrzuci ją po podłodze w fantazyjnych wzorach (oczywiście tuż po tym, jak zweryfikuję ilość porozwalanych skrawków i ocenię, czy się aby tego śmiecia nie nażarł). A wreszcie mogę czule pogłaskać Beryla, gdy znowu siądę do komputera, a on przyjdzie położyć mi głowę na udzie. Wyrozumiałość.

Każdemu z nas czasami jest ciężko i to jest w porządku. Bądźmy dla siebie łagodni w trudnych chwilach. Nie zapominajmy jednak, że nawet w najgorszych momentach nasz pies wiernie przy nas trwa. Szanujmy to, doceniajmy i starajmy się być dla czworonogów takimi ludźmi, jakimi one nas widzą – najwspanialszymi na świecie. 🙂

A Wy? Jak sobie radzicie, gdy natłok obowiązków zaczyna Was przerastać?

Łapa!

Beryl i spółka

Beryl i spółka

Cześć! Mam na imię Monika i mam wyżła węgierskiego, Beryla. :) Jeśli chcecie wiedzieć, jak żyje się z rudą bombą energetyczną, wpadajcie do nas! Gwarantujemy dobrą zabawę. :)

Zajrzyj również tutaj

Kategorie wpisów

Nasz instagram

Instagram
Instagram
Instagram
Instagram
Instagram
Instagram

Polecane

doglovin ujarzmic bestie

Berylowe archiwum